| Patron szkoły |
|
|
| Redaktor: Rysiek | |
|
Kiedy sięgam pamięcią do lat spędzonych w szkole podstawowej w Strzebielinie natychmiast na myśl nasuwa mi się postać Karola Olgierda Borchardta, patrona tejże szkoły, który znany jest powszechnie jako kapitan żeglugi wielkiej, a wśród osób znających jego biografię jako wybitny pedagog i pisarz. Pragnę pokrótce przedstawić tą postać nie tylko dlatego, że jestem nią zafascynowana, ale również dlatego, że nie wyobrażam sobie pisania pracy o szkole w Strzebielinie bez uwzględnienia w niej tak wielkiego autorytetu. Karol Olgierd Borchardt urodził się 25 marca 1905 roku w Moskwie, jako jedyne dziecko Marii z Raczkiewiczów Borchardtowej i Hilarego Borchardta. „Obydwoje pochodzili z powiatu oszmiańskiego i nawet byli spokrewnieni przez dziada Baniewicza, powstańca W Paryżu spędził z matką pięć lat. Maria pracowała w magazynie mód, gdzie zajmowała się rysowaniem modnych kreacji a dzieckiem zajmowała się służąca. Gdy Karol skończył trzy latka zaczął uczęszczać do ferbla (przedszkola) i doskonale mówił po francusku. Obawa przed tym by syn nie został „małym Francuzem” skłoniła matkę do podjęcia decyzji o powrocie do Wilna. Lato Karol spędzał u swojej ciotecznej babuni Michasi Łukaszewiczowej, seniorki rodu, która z trudem samotnie wychowywała troje dzieci. „Majątek Bykówka stracił wiele ze swej świetności od czasu, gdy brat męża, Józef Łukaszewicz, został skazany na śmierć za udział z zamachu ( sporządził materiał wybuchowy) na życie cara Aleksandra III”[2]. Udało się go jednak wykupić, ale koszta były znaczne. Mimo kłopotów finansowych babka nie pozwalała na ścięcie choćby jednego drzewa z Matecznika (lasu), tłumacząc to tym, że może on kiedyś posłużyć za schronienie dla powstańców. Matka i jej rodzina wywarły ogromny wpływ na życie Karola. Wychowywano go w duchu patriotyzmu. Matka powiedziała mu kiedyś, że musi wiedzieć iż: „Polacy byli zawsze bohaterami i że największym bohaterstwem jest zwyciężać samego siebie”[3]. W 1912 roku matka Borchardta została zatrudniona w Towarzystwie Rolniczym, gdzie pracował również Witold Czyż ( późniejszy ojczym Karola). W gimnazjum Winogradowa chłopiec pełnił funkcję redaktora gazetki „Róg”, bowiem szybko zdobył uznanie starszych kolegów. Bardzo lubił czytać książki Kupera i pod ich wpływem zaczął marzyć o dostaniu się do szczepu Indian w Ameryce. Jak sam wspominał kiedy podczas jednej lekcji dowiedział się że Ziemia się kręci, wpadł na pomysł zbudowania kosza i przyczepienia do niego balonów tak by potem wzbić się w powietrze. Zamierzał odczekać 6 godzin i gdy znajdzie się nad Amerykom zacząć je przebijać. Kiedy wreszcie zrozumiał, że póki co nie istnieje dla niego sposób by dostać się na wymarzony kontynent zainteresował się książkami o tematyce morskiej i postanowił zostać marynarzem. By nabrać sił i sprawności dużo ćwiczył. W 1916 roku jego matkę i ojczyma osadzono w więzieniu za propagandę przeciwko Niemcom, co skazało Karola na samotne bytowanie w ekstremalnych warunkach i wpłynęło na jego charakter. Do nauki w szkole podchodził bez entuzjazmu, a nauczyciele stawiający dwójki zaczęli wydawać się głupcami, w związku z tym więcej czasu spędzał na łonie natury i wnikliwie obserwował otaczający go świat. 17 maja 1918 roku uciekł z domu i wstąpił do wojska Dowbor – Muśnickiego, ale zdradzony przez kolegę został zatrzymany. Zaskakująca była reakcja matki, która go nie zganiła, ale była jakoby dumna, że jej 13 – letni syn chciał walczyć za ojczyznę. To nie uśpiło jego chęci działania. W 1919 roku nastąpiło wyzwolenie Wilna. „Wkrótce, w roku 1920, znowu Wilno znalazło się wobec wielkiego zagrożenia. Piętnastoletni Karol zgłosił się na ochotnika do wojska i w Szóstym Pułku Piechoty grupującym harcerzy walczył w obronie miasta z bolszewikami. Przeżył cały odwrót polskiej armii, w czasie którego zachorował Postawa jednego z nauczycieli – Edwarda Biegańskiego sprawiła, że Borchardt „zmienił swój kurs”, zaczął pracować nad własnym charakterem, uprawiać wszelkie rodzaje gimnastyki. Na moment pojawiła się w nim chęć wstąpienia do cyrku, ale matka odwiodła go od tego pomysłu. Hartując swoje ciało wędrował ulicami Wilna bez czapki i rękawiczek wzbudzając zainteresowanie przechodniów. „Bez obcych wpływów w wieku szesnastu lat doszedł wreszcie do przekonania, że ON to jedno, a jego ciało to co innego”[5]. Ogromny wpływ na jego życie wywarły książki: „Hatha Yoga” – Rama Czaraki i „Na ścieżkach jogów” – Paula Bruntona. Wówczas zrozumiał bezsens swoich dotychczasowych poczynań i zaczął uprawiać jogę. Zapamiętał zwłaszcza tą naukę: „Ci, którzy nie wykonują dobrowolnie przyjętych obowiązków jak mogą najlepiej, to znaczy na ile ich stać fizycznie i duchowo – niszczą sami siebie.”[6] Wówczas zaprzyjaźnił się z kolegą ze szkolnej ławki Józefem Reuttem i wspólnie opracowali system w jaki sposób zostać Kapitanem Własnej Duszy, czyli jak zapanować nad sobą samym. „Na czym polegał ten system? Należało wieczorem napisać bardzo dokładny rozkład dnia następnego, przewidzieć wszelkie możliwe pokusy do opanowania i następnie bardzo dokładnie zrealizować. Nie znaczy to wcale, że nie mogły znaleźć się w planie przyjemności Po zdaniu matury za namową inż. Kamockiego postanowił wstąpić do Szkoły Morskiej w Tczewie. Niestety próba się nie udała bo komisja egzaminacyjna uznała, że ma skłonności reumatyczne, dopiero po latach okazało się że prawdziwym powodem odrzucenia była znajomość jego rodziny z admirałem Borowskim, który uważał że Karol marnowałby się Życie uczuciowe Borchardta było równie ciekawe jak jego cały życiorys. Już jako małe dziecko zakochał się w Domce – siostrze szkolnego przyjaciela – Jędrusia Ptaszyńskiego o której wspomina w opowiadaniu „Dziadek do orzechów”. Jego druga miłość skończyła się w chwili gdy dziewczyna zażądała by na wieży w Wilnie pokonał niebezpieczne przejście. Zrobił to, ale uczucie wygasło. Jego największą miłością była Hala H.– koleżanka z gimnazjum Mickiewicza. Miał wówczas 18 lat i bał się wyznać jej uczucie. Wreszcie postanowił wpisać w zeszycie pytanie, czy może mieć nadzieje i prosząc o odpowiedź podał go koleżance. Nie znalazłszy odpowiedzi postanowił wyjechać do Tczewa. Udał się najpierw do Hali by się pożegnać i tam też poznał Karolinę Iwaszkiewiczówne. Zawarcie znajomości w takiej sytuacji uznał za przeznaczenie Po kilku latach gdy mała Danusia bawiła się tym właśnie brulionem, w którym Karol oczekiwał odpowiedzi od Hali wypadła z niego karteczka o treści: „Nadzieję trzeba mieć zawsze. Każda akcja wywołuje reakcje”[8] W ten oto sposób skończyła się historia tej niespełnionej miłości. (Już po wojnie, po śmierci Hali okazało się jeszcze, że uczyniła ona Borchardta swym jedynym spadkobiercą. Kapitan dowiedział się o tym jednak dopiero wtedy, gdy już testament był przedawniony). Borchardt uważał, że miejsce męża jest przy żonie, dlatego osiadł w Wilnie i przejął pracę w biurze elektryczno – rolnym od swego ojczyma, który wówczas został prezydentem miasta. Mimo, że firma świetnie prosperowała Karol tęsknił za morzem. W latach 1929 – 1930 był starszym marynarzem na s/s „Rewa”, gdzie jak sam przyznaje, podkupił miejsce[9].
Po usłyszeniu tego zdania nie traciłem ani jednej chwili więcej. Pognałem do Szkoły Morskiej, ponieważ na „Darze” nie było komendanta ani starszego oficera, którym mógłbym zakomunikować, że jestem już składową częścią Białej Fregaty”[10]. Potem na żądanie kpt. Mementa Stankiewicza pływał jako I oficer na m/s „Piłsudzki”, aż do jego storpedowania 26.11.1939r. Po wyleczeniu pływał jako I oficer na m/s „Chrobry”, który został zbombardowany 15 maja 1940 roku. Za udział w ratowaniu załogi pomimo odniesionych ran otrzymał Krzyż Walecznych. Odniesione wówczas kontuzje nie pozwoliły mu na dalszą pracę na morzu. Z powodu coraz gorszego stanu zdrowia wyjechał do Szkocji gdzie dał się uśpić na 2 tygodnie, po czym nie mógł spać przez 11 miesięcy. Wtedy też rozwinęła się jego twórczość . Zajął się kształceniem oficerów dla polskiej floty transportowej i rybackiej. 16 IX 1942 roku minister przemysłu, handlu i żeglugi, Jan Wapiński, powołał go na wykładowcę i inspektora kursów oficerskich. Był kierownikiem kursów szyprów okrętowych II i I klasy, wykładał na kursach aspirantów – poruczników żeglugi małej, kursach kapitańskich, wspomagał działalność PSM w Wielkiej Brytani. Od 1 sierpnia 1945 do 31 października 1946 roku był dyrektorem Gimnazjum Morskiego w Landywood. Później pływał na m/s „Sheridan” po czym zaniepokojony złym zdrowiem matki wrócił do Polski. Początkowo miał problem z podjęciem pracy. „7 I 1950 został przeniesiony do rezerwy Kapitan bardzo kochał kobiety, chciał je stawiać na piedestale by móc ubóstwiać. W jego życiu pojawiało się wiele pań, jak sam wyznał: „Każda z pań przeważnie uważała, że jestem świetnym materiałem na męża”[12]. Bardziej znaną była przygoda z Rawą Janowicz, która za małżeństwo z nią zaoferowała mu pół miliona dolarów. Jego znajomi mawiali, że Karol ma wokół siebie cały harem. Później, jako autor książek otrzymywał mnóstwo listów od zakochanych czytelniczek. Rekord należał do pani, która w ciągu trzech lat przesłała mu 563 listy! Jednak największą jego miłością była Matka. Zawsze miał przy sobie jej zdjęcie, które pokazywał natrętnym adoratorkom. Strasznie przeżył jej śmierć. Na kalendarzu pod tą datą napisał: „Samotność naszych uczuć i naszych myśli – takiej samotności może nas pozbawić tylko kobieta. Imię jej MATKA”[13]. Mimo iż miała 97 lat nie mógł pogodzić się z tą stratą. Odtąd już nic go nie cieszyło, stawał się coraz bardziej smutny. Borchardt był również świetnym pisarzem, choć sam nie uważał się za niego, mawiał: „Nie pisząc dla pieniędzy nie mogę uważać się za pisarza”[14]. Jego niepowtarzalny talent do rzeczowego dobierania słów przejawiał się już w szkole podstawowej. Wypracowanie na temat „Dziadów” A. Mickiewicza ujął w jednym zdaniu i otrzymał za to ocenę bardzo dobrą. Przebywając w Szwajcarii przeczytał słownik Włoski i dowiedział się jak pisać, by było ładnie. Starał się by humor zawarty w jego utworach pomógł czytelnikowi wrócić do równowagi psychicznej i by treść była na tyle ciekawa by nie można było rzec że jej zgłębianie to strata czasu. „Pisarzy dzielił na trzy kategorie w zależności od tematyki, na jaką stawiają, by zainteresować czytelników. Podawał zwykle taki przykład: - Sienkiewicz stawiał na trupy, zgodnie z zasadą, że nic tak nie ożywia akcji jak trup. I czynił to genialnie. Żeromski na seks. – Przy czym Kapitan dziwił się obecności Żeromskiego w lekturach szkolnych. Siebie zaliczał do trzeciej kategorii: autorów stawiających na humor i jednocześnie uważał, że jest to najtrudniejsze zadanie – rozweselić czytelnika.”[15] Kapitan napisał wiele opowiadań, które zawarł m. in. w publikacji pod tytułem „Szaman Morski”, spod jego pióra wyszły też książki: „Znaczy kapitan”, „Krążownik spod Somosierry”, „Róża Wiatrów”, podręcznik „Astronawigacja” oraz dwie niedokończone: „Kolebka nawigatorów” i „Od czerwonej do białej róży”. Pisał też liczne artykuły które publikował na łamach czasopisma „Morze”, w „Tygodniku Morskim”, w „Literach”. Sztukę nawigacji przez życie ujął w regule: „Do konia nie podchodź z tyłu, Do krowy - z przodu, Do osła – z żadnej strony”[16]. Bodajże z tego powodu nie wdawał się w głupie polemiki dotyczące własnej osoby. Jako człowiek honorowy i odpowiedzialny kierował się w życiu wieloma zasadami. Nie spóźniał się na spotkania, gdyż uważał, że świadczyłoby to o lekceważeniu drugiej osoby. Nie zadawał pytań osobie która nie ma ochoty o czymś rozmawiać. Nigdy nie odwiedzał nikogo bez wcześniejszej zapowiedzi, bowiem miał świadomość że w przeciwnym razie mógłby pokrzyżować plany gospodarza i wprawić go w zakłopotanie. Jego dewiza życiowa brzmiała: „Niczego w życiu nie wymagaj od innych, zacznij od samego siebie, niczego nie pragnij, Wiele sytuacji potrafił obrócić w żart i był przy tym gawędziarzem. Kiedy uważał, że mówi za długo zwykł mawiać, że to dlatego iż urodził się pod znakiem barana. Długa praktyka pedagogiczna i literatura o „naukach tajemnych” sprawiły, że potrafił charakteryzować człowieka na podstawie jego fizjonomii, sposobu mówienia, zachowania się, trzymania rąk, a nawet na podstawie otrzymanego listu. Już jako młodzieniec interesował się frenologią, jogą i innymi systemami filozoficznymi Wschodu co było bardzo przydatne Twierdził też, że: „Wartości są niezmienne, takie które były, są Wiele razy pomagał ludziom, bowiem uważał to za ważną misje w życiu człowieka. Kiedyś podczas przechadzki po ulicy Świętojańskiej zauważył, że jego ulubiony sklep jest zamknięty, a na szybie wisi karteczka o treści „Remament”. Zaaferowany zapytał właścicielkę o powód zamknięcia na co ta odrzekła, że stwierdzono debet wielkości pięciu tysięcy złotych. Bez zastanowienia Kapitan opuścił sklep i udał się prosto do pobliskiego PKO i pobrał z własnego kąta ową kwotę, poczym wrócił i przekazał ją właścicielce. Ewa Ostrowska pisze: „Martwiło mnie bardzo, że Kapitan wpuszcza do mieszkania nie znane mu osoby – jakiegoś chłopca, który właśnie przeczytał książkę i musi mieć autograf autora, panią, która przyjechała specjalnie z Wielunia, aby obejrzeć „Dar Pomorza” Mimo, że znany jako kapitan, Borchardt był bardzo dobrym nauczycielem Jego uczniowie bardzo go lubili nie tylko za swe poglądy ale również za osobisty czar którym obdarzał ludzi z pobliskiego otoczenia. Nauczał w Szkole Morskiej w Landywood w Anglii, Szkole Rybołówstwa Morskiego, Państwowej Szkole Morskiej i W Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni. Szkoła w Landywood miał zająć się kształceniem 600 uczniów z Afryki, Indii i Persji, Jak wspomina Borchardt, największą nagrodą za jego pracę były usłyszane przypadkowo słowa jakie wypowiedział bardzo niesforny uczeń przenoszony dotąd ze szkoły do szkoły. Otóż rzekł on jednemu nauczycielowi, że właśnie w tym miejscu po raz pierwszy poczuł się człowiekiem. W Szkole Rybołówstwa Morskiego prowadził kursy dokształcające dla marynarzy pragnących zostać oficerami. Opornych i leniwych nazywał „Czajnikami” i mawiał, że ich rozstrzela jeśli się nie poprawią ( za co zresztą otrzymał od nich stosowną karykaturę). Jednemu z nich obiecał, że jeśli zaliczy egzamin na 5, to przejdzie się po klasie na rękach, nogami bijąc mu brawo. Prawdopodobnie zmobilizowało to ucznia, bo Kapitan w istocie musiał spełnić swą obietnicę. Tylko raz postawił uczniowi ocenę niedostateczną i było to tak szczególnym zdarzeniem, że jeden z wychowanków uwietrznił to na zdjęciu. Kapitan powiedział przy tym: „Mam dwa wyjścia: albo postawię ci dwóję, bo nic nie robisz i nie chcesz się uczyć, albo popełnię harakiri. Wybieram to pierwsze, bo nie widzę powodów, dla których miałbym pozbawić się życia z twojej przyczyny”[21]. Bardzo poważnie podchodził do swojej pracy, ale nie przeszkadzało mu to tryskać humorem. Myślę, że warto zapoznać się z jego wykładem o anatomii który zamieściłam w załącznikach, bowiem jest on niezmiernie ciekawy i zabawny a jednocześnie przemyślany. Karol Olgierd Borchardt był tak niezmiernie ciekawym człowiekiem, że anegdoty Kapitan swoją osobą potrafił oczarować każdego. Nigdy niczego nie porzucał nie wykonawszy zadania do końca. Był bardzo dobrze zorganizowany i żył zgodnie ze swoim rytmem do którego inni musieli się dostosować. W swojej twórczości starał się o zachowanie jedności myśli, słowa i czynu i taki był też w życiu. Jego książki nie raz decydowały o życiu innych ludzi. Taki przykład podaje Ewa Ostrowska: „Jeszcze niedawno spotkałam dojrzałego pana na stanowisku, który gdy dowiedział się, że pracowałam u kpt. Burchardta, opowiedział mi że książkę „Znaczy Kapitan” przeczytał już studiując na politechnice Warszawskiej, po czym rzucił wszystko, pojechał do Szkoły Morskiej w Szczecinie i niczego do dziś nie żałuje”[23]. Kończąc swoją opowieść o Kapitanie Ewa Ostrowska przytacza jego kredo, które może być skierowane do każdego człowieka: „Najmilszym sympatykom starego nawigatora – trzy wskazówki nawigacyjne.
Ja sama oczarowana postacią Kapitana ubolewam nad tym, że nie było mi dane go poznać i posłuchać jego cudownych opowieści, jestem bowiem przekonana, że każdego ze swych słuchaczy mógłby czegoś nauczyć. Część pracy poświęciłam tej osobie mając nadzieję, że uda mi się przedstawić Borchardta nie tylko jako kapitana, ale przede wszystkim jako człowieka – niezwykłego człowieka. Artykuł jest fragmentem pracy Agnieszki Schimmelpfennig"Działalność dydaktyczna i opiekuńczo - wychowawcza Zespołu Kształcenia i Wychowania w Strzebielinie w latach 1998 - 2006"Za możliwość skorzystania z pracy dziękujemy
|



